Bartłomiej Polakowski
Bez kategorii
Mozilla Open Badges – pokaż wszystkim swoje umiejętności
15 Wrzesień 2011
W sieci jest mnóstwo specjalistów z różnych dziedzin. Jak jednak
odróżnić tych prawdziwych, od tych którym się tylko wydaje, że nimi są?
Na żywo wystarczy krótka rozmowa, żeby zobaczyć z kim mamy do czynienia,
w świecie wirtualnym musimy przeprowadzić małe dochodzenie.
Pomocne są różnego rodzaju mechanizmy w stylu "Lubię to", "Wartościowa
wypowiedź" itp. Mozilla poszła jednak o krok dalej. Dzisiaj ogłosiła
start projektu "Open Badges" czyli w bezpośrednim tłumaczeniu "Otwarte
odznaki".
Pomysł według mnie jest świetny. Różnego rodzaju organizacje (np.
szkoły, ośrodki szkoleniowe, wirtualne uniwersytety lub po prostu różne
ośrodki opiniotwórcze) wystawiają wirtualne odznaczenia osobom, które
ukończyły jakieś studia, szkolenie, zdobyły certyfikat (jakoś się
wykazały:). Ich reprezentacja graficzna jest potem widoczna na stronie
tej osoby, jej kontach społecznościowych, blogu etc.
"Spotykając" taką osobę w sieci od razu możemy sprawdzić jakimi
umiejętnościami dysponuje. Oczywiście wszystko zależy od ilości i
jakości "ośrodków" oceniających, bo inaczej szybko w sieci pojawi się
nowa rasa nadludzi:)
Widzę w tym rozwiązaniu duży potencjał edukacyjny. Ludzi bardzo motywuje
zbieranie różnego rodzaju certyfikatów, dyplomów ukończenia szkolenia
etc. Liczy się nie tylko zdobyta wiedza, ale także prestiż
uczelni/trenera i dowód jego zaliczenia. Popatrzmy na nasze profilu na
Goldenline. Znajdziecie tam wszystko od FCE do MBA. Lubimy rywalizację
na umiejętności! To jest taka wielka gra sieciowa, w której ni liczy się
jaką nosisz zbroje tylko co masz w głowie:)
Projekt Mozilli ma szansę "zprofesjonalizować" Internet a jednocześnie
zmotywować wiele osób do zdobycia kilku wirtualnych certyfikatów, co
powinno także spopularyzować e-learning.
Jestem bardzo ciekawy jak rozwinie się ten projekt i już nie mogę się doczekać mojej pierwszej odznaki!:)
Więcej informacji o projekcie, infrastrukturze itp znajdziecie na oficjalnej stronie produktu.
Link: http://openbadges.org/
Flipped Classroom czyli nauczanie od tyłu
5 Wrzesień 2011
Jak wyglądają typowe zajęcia na uczelni? Najpierw wykład z profesorem, a
potem samodzielna praktyka w domu i ćwiczenia w laboratorium
(poprzedzone budzącą przerażanie wejściówką:)
Zalety:
+ hmm..sprawdzony model od pokoleń, nie wymagający od prowadzących zbytniego zaangażowania (to + dla prowadzącego:)
+ Model "push" przekazywania wiedzy, dla osób nie potrafiących się samodzielnie zmotywować do nauki
Minu
-
na wykładzie kiedy jest kontakt z wykładowcą, student nie ma jeszcze
wystarczającej wiedzy (lub nie wie, że ma niewystarczającą:)i nie zadaje
pytań lub nie ma czasu na ich zadanie
- na ćwiczeniach sprawdzana jest zdobyta wiedza, są małe możliwości wytłumaczenia, niezrozumiałych zagadnień
Podsumowanie?
Przeciętny student nie znajduje odpowiedzi na nurtującego pytania.
(wiem, że Google wie wszystko, ale zakładam, że przeciętny student nie
będzie marnował czasu na szukaniu materiałów do wykładu:)
Rozwiązanie? Flipped Classroom (czyt. odwrócona klasa:)
Idea
jest prosta. Uczniowie uczą się w domu z materiałów multimedialnych
przygotowanych przez prowadzącego (np. nagranej prezentacji, podcastu,
ebook etc.) a na zajęciach praktycznych na uczelni, uzyskują od
profesora odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące nowego materiału i
mają okazję przećwiczyć go w praktyce. Dodatkowo podczas samodzielnej
pracy mają możliwość asynchronicznej komunikacji z wykładowcą.
Jest
to przykład idealnego "blended learningu", który można coraz częściej
spotkać w środowisku korporacyjnym – wiedza teoretyczna dostarczona w
postaci e-contentu poprzedzająca warsztat z trenerem. Jest taniej,
krócej i efektywniej. To wystarczy, żeby znaleźć sponsora projektu:)
Jeżeli
zainteresowała Was koncepcja Flipped Classroom to przestudiujcie
poniższą infografikę, na której znajdziecie jej historię i liczby
pokazujące drzemiący w niej potencjał.
Link: flipped-classroom
Edukacja to nie gra!
31 Sierpień 2011
Dzisiejszy mój wpis jest sponsorowany przez szereg wypowiedzi w sieci i telewizji specjalistów od multimediów na temat e-learningu:)
Serious games czyli gry które mają (a przynajmniej powinny mieć) poważny cel szkoleniowy są od paru lat na fali. Wszyscy o nich mówią i przewidują ich dominację w przyszłej edukacji, a niektórzy nawet je projektują i wdrażają osiągając bardzo dobre rezultaty.
Gdy spytamy się kogoś jaki powinno być e-szkolenie, w 90% przypadków usłyszymy "interaktywne". Gry więc wydają się więc idealnym rozwiązaniem. Dodatkowo wszyscy wychowaliśmy się w ich otoczeniu co powinno z nich czynić idealne środowisko do nauki – połączenie przyjemności z efektywnością.
Jest w tym sporo racji, ale…(Potężne ALE z technik NLP:)
Nie wszyscy twórcy gier edukacyjnych chyba zdają sobie sprawę, że nauka to nie gra. Przed konsolą często pędzimy przed siebie, nie interesując się tym co dzieje się wkoło – liczy się akcja! Jeżeli przełożymy to na e-szkolenie to dostaniemy "typowy" produkt, w którym każdy stara się jak najszybciej przeklikać wszystkie ekrany, aż do testu końcowego. Wartość edukacyjna? Zero! Wynik 100 (w końcu po paru podejściach:)
Projektując grę edukacyjną trzeba mieć chociaż nikłą wiedzę na temat kogniwistyki i projektowania elektronicznych materiałów szkoleniowych.
Najczęściej popełniane błędy gier edukacyjnych to:
- całkowite oderwanie od środowiska pracy osoby uczącej się, czyli np. uczymy handlowców w firmie IT sprzedaży za pomocą gry na farmie:)
- zbyt bogaty wirtualny świat – grafika, animacje, audio to wszystko jest przetwarzane przez nasze mózgi, które nie są w stanie już "wchłonąć" treści szklenia.
- wiele niezwiązanych z tematem szkolenia wątków i wizualizacji
- brak modułu wprowadzającego, który "buduje" podstawową wiedzę z danego tematu – często się zdarza, że instrukcja w grze tu tylko ekran z tekstem z podstawowymi informacjami, po którym rozpoczyna się prawdziwa akcja:) Tymczasem dobre wprowadzenie do tematu skutkuje odciążeniem pamięci krótkotrwałej w dalszej grze.
- brak demonstracji z prawidłowo wykonanym zadaniem – poznajemy cel i sposób, ale reszta jest w naszych rękach. Możemy najwyżej dostać punkty.
- złe wykorzystanie tekstu/audio – najbardziej efektywna metodą jest połączenie informacji wizualnej z audio (czyli np. ilustracja z opisem słownym). Element, którego dotyczy dana informacja powinien być albo jakoś zaznaczony graficznie albo w przypadku opisu tekstowego w bezpośrednim sąsiedztwie.
To tylko parę rzeczy, na które zwróciłem uwagę (nie gram za dużo:)
Trzeba także wziąć pod uwagę naszego odbiorcę – kim jest (wiek, pochodzenie, umiejętności komputerowe itp), jakie ma doświadczenie (praktykant, specjalista, menedżer), co go motywuje?
Osoba początkująca będzie potrzebowała, dłuższego wprowadzenia i materiałów pomagających zbudować w pamięci długotrwałej podstawowe schematy dotyczące danej tematyki. Bardzo łatwo ją rozproszyć. Zbyt duża ilość informacji, zadań, interakcji będzie wpływała negatywnie na transfer wiedzy, szczelnie wypełniając pamięć krótkotrwałą. Jedno z moich ulubionych przykładowych badań porównuje rezultaty nauki algebry i dowodzi, że przedstawienie uczniom po wprowadzeniu serii rozwiązanych przykładów przynosi lepsze rezultaty niż ich rozwiązanie (.. bo jest mniej obciążające).
Z drugiej strony – specjalista jest w stanie przyswajać większe ilości danych, a zbyt dokładne opisy zagadnień, będą zakłócały jego proces poznawczy. Tak więc ciężko jest znaleźć złoty środek.
Na koniec – żeby nie było wątpliwość. Jestem wielkim zwolennikiem gier w edukacji i w mojej firmie planujemy nasze pierwsze wdrożenie. Ich potencjał jest niesamowity – rywalizacja jest jednym z większych motywatorów znanych ludzkości. Muszą jednak zostać przygotowane przez osoby z doświadczeniem w edukacji bo w przeciwnym przypadku, zafundujemy naszym kursantom tylko dobrą rozrywkę:)
Open Source w E-learningu
24 Sierpień 2011
Dzisiaj podczas dyskusji mój rozmówca zadał mi zaskakujące pytanie. "Czytając Pana blog odnoszę wrażenie, że jest Pan negatywnie nastawiony do rozwiązań open sourcowych. Dlaczego?"
Muszę zwalczyć ta opinię!:) Uważam, że wolne oprogramowanie jest potrzebne, potrafi być bardzo skuteczne i dobre jakościowo. W wielu przypadkach jest nie zastąpione, gdyż ceny aplikacji komercyjnych potrafią być znaczące nawet dla największych korporacji.
Sam moją przygodę z e-learningiem rozpoczynałem z Moodlem i pakietem Reload i bez tych narzędzi nie doszedłbym do tego miejsca gdzie jestem teraz (i nie mam na myśli kanapy w salonie:)
Uważam jednak, że w przypadku rozwiązań e-learningowych, aplikacje opensourcowe nastawione są mocno na rynek akademicki. Wynika to z tego, że większość z nich rodziła się jako projekt uczelniany, który następnie podczas licznych konferencji, zdobywał popularność w kolejnych ośrodkach edukacyjnych, a następnie w środowisku wolnego oprogramowania.
Takie systemy jak Moodle, Claroline, OLAT czy .LRN nie posiadają wielu funkcjonalności ich komercyjnych odpowiedników takich jak wielostopniowe rejestracje i akceptacje przełożonego, zarządzanie budżetem, zaawansowane programy szkoleniowe, raportowanie etc.
Dlaczego? Bo ich odbiorcy tego nie oczekują. Jest za to duży nacisk na rozwijanie różnych mechanizmów komunikacji synchro i asynchronicznej. Większość grup dyskusyjnych w sieci to rozwiązanie opensourcowe.
Z narzędziami do tworzenia szkoleń e-learningowych jest trudniejsza sytuacja. Odbiegają one znacznie jakościowo od produktów komercyjnych i to zarówno jeżeli chodzi o wygląd, możliwości, obsługę jak i jakość wytworzonego contentu. Wystarczy moment popracować z eXe i CourseLab’em a następnie spróbować produktów ze stajni Adobe (Captivate) czy Articulate.
Przyczyna może nie jest tak oczywista jak w poprzednim przykładzie, aczkolwiek jest bardzo podobna – nastawienie na odbiorcę akademickiego.
Na uczelniach uczymy się podczas wykładów, ćwiczeń, warsztatów, projektów indywidualnych i grupowych, ewentualnie przeglądamy prezentacje i materiały zamieszczane przez prowadzącego. Nie ma tak wielkiej potrzeby dostarczania studentom e-szkoleń.
Z drugiej strony w korporacjach cały czas następują zmiany – zmieniają się ludzie, procesy, produkty. Aby nadążyć za tymi ciągłymi aktualizacjami trzeba by mieć armię szkoleniowców…albo przenieść część odpowiedzialności za nauczanie na samych pracowników, udostępniając im profesjonalnie przygotowane materiały w sieci.
Podsumowując – przedsiębiorstwa i rynek uczelniany mają różne potrzeby i metody szkoleniowe i tak samo podzielony jest rynek. Uważam, że mieszanie tych dwóch światów nie pozwoli na wykorzystanie pełnego potencjału edukacyjnego e-learningu.
Jeżeli chcielibyście dokładniej przyjrzeć się narzędziom opensourcowym i komercyjnym to polecam Wam serwis Jane Hart. Znajdziecie na nim wszystkie występujące "w naturze" rodzaje aplikacji wspomagających nauczanie, wraz z krótkim opisem i linkiem do strony. Zachęcam Was także do przejrzenia katalogów na grupie eLearning news.